Press "Enter" to skip to content

„Zielone Podwórko” warte uwagi.

 

Panie, wybacz mi, bo zawiniłam!
Co Ci mam wybaczyć, moje dziecko?
Zawiniłam myślą, mową i uczynkiem.
Cóż takiego zrobiłaś, moje dziecko?
Pozazdrościłam miejsca, które zobaczyłam, które mnie opętało i którego zapragnęłam posiąść. Och, jakże chciałabym mieć je u siebie. Z całego serca, ale nie jest ono mi dane! Ono jest tylko jedno, jedyne w swoim rodzaju tam, gdzie się znajduje!

Pewnego sierpniowego dnia leniwie spacerowałam po przedwojennym parku, zadbanym, a jednocześnie takim naturalnym, gdzie wypieszczone miejsca przeplatały się z dzikimi zaułkami, jakże ulubionymi przez zakochanych i ptaki. Dla tych ostatnich ustronne zakątki umożliwiały im hasanie do woli nie będąc niepokojonymi przez spacerowiczów, jak też przez osowiałe psy na smyczy.
Pstrykałam sobie widoczki od czasu do czasu i nagle sobie pomyślałam „A może zobaczyć podwórko, o którym kiedyś wspomniała Agnieszka?”. Zaraz złapałam za telefon i zadzwoniłam do Agi, która bez zastanowienia zaprosiła mnie do siebie. I tak znalazłam się w jednej z ulubionych dzielnic, której jednak wcześniej nie miałam okazji dokładnie poznać.

Aga wyszła mi naprzeciw i razem minęłyśmy jedne drzwi, potem kolejne. Zaczęłam już mieć mętlik od tego otwierania, zamykania, mijania schodków i korytarzyków. Zwątpiłam już czy kiedykolwiek wyjdę na świeże powietrze. I nagle oniemiała stanęłam u wylotu bramy patrząc przed siebie, potem rozglądając w prawo, w lewo… Zamilkłam chłonąc wszystko to, co zobaczyłam. Mój mózg pracował jak zacięta kamera filmowa z przesuwającą się szybko taśmą, rejestrującą ukazujące się z różnych stron widoki. Zobaczyłam niewysokie jednopiętrowe kamienice z poddaszem, otaczające długie, prostokątne podwórko, na które można było wyjść z różnych stron. Przeważały szare budynki, z których kilka smutno prezentowały swoje mniejsze i większe rany w postaci uszkodzonych i oddartych tynków. Inne trzymały się dzielnie, rzec można, jak staruszki, które może nie prezentują się zbyt okazale i bogato, ale za to prosto, solidnie i całkiem schludnie. Jakże spośród nich wyróżniał się budynek, który przeszedł niedawny remontowy lifting prezentując swoją przedwojenną modernistyczną urodę. Bezwstydnie wdzięczył się swoją delikatną, różowofioletową barwą, nachalnie przyciągając wzrok zdumionego przybysza.

Domy otaczały plac, który pełnił głównie funkcje czysto użytkowe, to jest garażowanie samochodów pod chmurką. Tu znajdowały się od lat niewymieniane metalowe pojemniki na śmieci, a nad tym wszystkim dominowały topole, które niepohamowanie rozrosły się w poziomie i w pionie stając się z czasem niebezpieczne dla ludzi i zwierząt szczególnie podczas wichur. Takie było podwórko, które niczym się nie wyróżniało od wielu innych. Ludzie szybko przez niego przechodzili nie zatrzymując się, chyba że niektórym towarzyszyły psy wyprowadzane za potrzebą.

Pewnego dnia parę lat temu ten szarobury placyk zaczął się powoli zmieniać. Jego metamorfoza dokonywała się stopniowo, nieśmiało, ale wprawne oko tubylców rejestrowało wszystkie nawet najdrobniejsze zmiany. Z czasem stał się piękny, wręcz wyszlachetniał i jak najbardziej zasłużył na nową nazwę „Zielone Podwórko”. Nie było żadnej przesady w tym określeniu, gdyż środek placu został zdominowany przez ten kolor w różnych odcieniach, od ciemno zielonego, aż do coraz jaśniejszych tonów stając się nawet połyskująco kremowy w świetlistych promieniach słońca. Zieleń nie była monotonna, jednostajna. Porywała widza w taneczny wir w takt melodii „Zielono mi…”. Było to możliwe dzięki roślinom, które tam zostały posiane i posadzone. Główną sprawczynią, wręcz motorem tych zmian była Agnieszka. Drobna kobieta o rudych, krótkich włosach i śmiejących się oczach, która w zależności od sytuacji, a zwłaszcza konieczności walki o przyrodę i żywe stworzenia przeistacza się w twardą, zdecydowaną osobę, potrafiącą zachęcić innych, aby razem z nią ruszyli na pomoc potrzebującym.

Była pełnia lata, gdy po raz pierwszy zobaczyłam podwórko w nowej odsłonie. Podziwiałam wspaniale i z głową zaprojektowane miejsce, gdzie jednocześnie roztaczała się feeria obłędnych kolorów, którą prezentowały rosnące kwiaty, krzewy, drzewa. Powoli spacerowałam delektując się każdym skrawkiem, gdzie panoszyły się zielone hosty miejscami poprzetykane kremowymi plamkami, zaraz obok pchały się na pierwszy plan żółte i czerwone cynie o dużych, rozłożystych, jasnozielonych, owalnych liściach. Nie można było przeoczyć niewysokich czerwonych pelargonii, czy też drobnolistnych, różowoczerwonych begonii. Ten kolor został przełamany przez żółte i pomarańczowe aksamitki o drobnych, podłużnych płatkach, starannie powycinanych przez matkę naturę. Nie musiałam za bardzo iść w głąb, aby nie zauważyć wysokich kremowych hortensji z delikatnie różowo łososiowymi płatkami, a zaraz za nimi rosły inne hortensje, tym razem ogrodowe o dominującej niebieskiej barwie, przełamanej gdzieniegdzie różem.

Uważnie patrzyłam pod nogi, żeby nie rozdeptać uroczych żurawek, których było sporo. Od lat uwielbiam tę niewysoką roślinę, mającą przeważnie niepozorne kwiatki na długich, cienkich łodygach. Podziwiam bogactwo ich odmian, przejawiających się różnorodnymi kolorami, których część kwitnie nawet do późnej jesieni. Tą jedną rośliną można całkiem pomysłowo zaaranżować ogród i tak też to zobaczyłam u Agi. Oczywiście w rozmaitych centralnych miejscach rozpanoszyły się różane krzewy o niejednakowej wysokości, które były bardzo zadbane, co nie jest wcale łatwe, o czym wiedzą miłośnicy ogrodów.
Miejscami płożył się ciemnozielony bluszcz o drobnych listkach, jak również winobluszcz, który jesienią przebarwia się na kolor dojrzałego czerwonego wina. One to, ochoczo wręcz zaborczo zajmowały każde wolne miejsce nie zwracając uwagi na to, czy mogą to zrobić, ani nie przejmując się, że jest już ono zajęte przez drzewa, krzewy, jak też duże skrzynki lub donice. W tych ostatnich Szefowa Ogrodu starannie posadziła pokrzywki o pięknej i urozmaiconej barwie, jak również wiele innych kwiatów, tudzież roślin.

Wcześniej zostały usunięte stare topole, które miały już swoje lata i stanowiły zagrożenie dla dwunożnych i czteronożnych istot. Zostały zastąpione młodymi drzewami o zielonych i bordowych liściach. Nie znałam ich nazwy. Okazało się, ze to były katalpy kuliste i złote, a także śliwa Pisardi.

Przy takim bogactwie roślin nie mogło zabraknąć krzewów, które zostały posadzone w sposób przemyślany, choć od tego czasu zdążyły już urosnąć, a niektóre nawet zakwitnąć i wydać owoce. Są tu ostrokrzewy z drobnymi, błyszczącymi, ale ostrymi, twardymi, sztywnymi listkami, które są przeurocze, gdy pojawią się drobne czerwone kulki. Te ostatnie mają jedną poważną wadę, są wręcz niebezpieczne. O ich trujących właściwościach wiedziano wiele wieków wcześniej, gdy robiono z nich specjalne mikstury przeznaczone dla wrogów. Nie pozwoliły też o sobie zapomnieć rosnące ogniki z pomarańczowymi kiściami drobnych, podłużnych owocków, czy też pięciorniki o niepozornych liściach, ale za to przez całe lato kwitnące, czy to na pomarańczowo, żółto, czy też na biało. Można wymieniać w nieskończoność, jakie tu rosną rośliny, a i tak ich lista nie będzie pełna, gdyż one zmieniają się w zależności od pory roku.

Mieszkańcy starają się wcielać w życie rozwiązania pozwalające chronić klimat. W jaki sposób? Bardzo proste. Pod ścianami budynków stoją duże plastikowe zbiorniki, które gromadzą deszczówkę spływającą z dachów i rynien okolicznych domów. To pozwala na efektywne wykorzystanie każdej kropli wody do podlewania ogrodu i rosnącej zieleni. Jest to duża oszczędność, szczególnie w suchych miesiącach letnich, których niestety coraz częściej mamy. Do tych zbiorników są podłączone węże używane do podlewania ogrodu. Tak pomyślany system nawadniający umożliwia bez specjalnego wysiłku, dostarczanie wody roślinom rosnącym nawet w najdalszych zakątkach podwórka .
Ogród jest miejscem przyjaznym nie tylko dla ludzi, ale przede wszystkim dla wszelkich żyjących istot małych i dużych, latających i biegających. Te ostatnie mają pewne ograniczenia, do których muszą dostosować się ich właściciele i wyprowadzać swoje czworonogi na smyczy. Nie mogą puścić psów samopas bez kontroli, o czym przypomina tabliczka z bardzo dowcipnym, ale stanowczo brzmiącym tekstem. Z podziwem patrzyłam, jak bardzo dba się o latające owady, które mają swoje mniejsze i większe domki, wykonane własnoręcznie z różnych naturalnych materiałów, kawałków drewienek, słomek, patyczków, cegiełek, a więc tego wszystkiego, co znajdowało się pod ręką i nadawało się do wykorzystania. W widocznym miejscu, w kąciku, stoją sobie dość duże ceramiczne zbiorniki o fantazyjnych, wręcz demonicznych kształtach. Na całej powierzchni są mniejsze i większe otwory, które zapraszają do siebie drobne owady i różne inne żyjątka. Zbiorniki te przypominały mi takie małe stworki z krainy baśni lub domki dla trolli.

Część mieszkańców zachwyciło się taką formą aktywnego spędzania wolnego czasu i polubiła samodzielne uprawianie swoich ogródeczków. Podzielili się między sobą swoimi działeczkami, gdzie sadzą to, co lubią i co im sprawia ogromną radość. Wymieniają się między sobą doświadczeniami, różnymi radami, czy też uwagami, a w razie potrzeby służą pomocą. Najważniejsze jest to, że grządki nie zostały sztucznie podzielone i nie posiadają żadnych płotów ani innych widocznych ogrodzeń. Dzięki temu stanowią one jednolitą zieloną i ukwiecioną całość.

Podwórko, które stało się zadbanym, wręcz wypieszczonym ogrodem, jest traktowane przez mieszkańców jako miejsce, gdzie chce się spędzać wolny czas w gronie rodziny, przyjaciół i sąsiadów przy kawie, zimnych napojach, grillując to i owo, aż rozchodzą się smakowite zapachy. Ludzie siedzą czasem do późnych godzin nocnych przy muzyce dyskutując na różne tematy. Miejsce to nie jest ciemne, gdyż wieczorami palą się lampy ledowe, o których mieszkańcy wcześniej pomyśleli. Powstała wspaniała oaza pozwalająca na autentyczny relaks i wyciszenie. Sprzyja ona integracji i zacieśnianiu kontaktów międzyludzkich. Mężczyźni i kobiety przestali być anonimowi, a stali się osobami znanymi z imienia, nazwiska, zainteresowań, pasji, a czasem i drobnych śmiesznostek, czy przyzwyczajeń.

Na bieżąco jest utrzymywany porządek dzięki zorganizowaniu wydzielonego miejsca do składowania posegregowanych odpadów. Kiedyś takie zakątki nazywano śmietnikami, gdzie wszystko wyrzucano. Było to składowisko rupieci, różnych gnijących, śmierdzących odpadów, po których nieraz biegały szczury i myszy lub latały natrętne, wielkie brzęczące muchy z błyszczącymi, zielonymi odwłokami. Obecnie miejsce to jest nie do poznania. Posegregowane odpady są wrzucane do osobnych, pomalowanych i starannie opisanych boksów. Od razu wiadomo, jaki rodzaj odpadów należy wrzucić do danego boksu.

Niestety kończy się ta opowieść, która wielu czytelnikom może wydawać się wymyśloną baśnią, nierealną fikcją. Jest takie miejsce i to u nas w Katowicach, gdzie stoją przedwojenne czynszowe kamienice. Nie jest to żadne ogrodzone osiedle z opuszczonym szlabanem. Mieszkańcy pilnują się nawzajem i dzięki narzuconej sobie dyscyplinie panuje ład i porządek. Jeśli jednak ktoś się zapomni, to od razu jest sąsiad z sąsiadką, którzy przypomną delikwentowi o panujących zasadach postępowania.

A co z Agnieszką z Zielonego Podwórka? Siedzi na swojej ławeczce, zaciąga się papieroskiem i zastanawia się, jakie zmiany wprowadzić w ogrodzie oraz co należy usunąć z grządki, a co posadzić… „Ławka Agnieszki i Macieja w podziękowaniu od sąsiadów. IX. 2017 r.”

Tekst: Maria Danielska